Circuit de Monaco — perła w królewskiej koronie

Gdyby spojrzeć na kalendarz Mistrzostw Świata Formuły 1, znajdziemy w nim wiele ciekawych, czasem nieco zaskakujących, pozycji. Niektóre z nich to tory nowe, które albo idealnie wpisują się w charakter całego cyklu, albo wręcz przeciwnie — zaskakują swą obecnością i… innością. Prawdziwe emocje wywołują jednak te, które są stałymi bywalcami w kalendarzu i bez których, jeśli można zaryzykować takie stwierdzenie, Formuła 1 nie byłaby taka sama. Autodromo Nazionale di Monza, Circuit de Spa-Francorchamps, a przede wszystkim jeden z najstarszych, najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych — Circuit de Monaco.
Ale zacznijmy od początku.

Początku, czyli 14 kwietnia 1929 roku, kiedy to ówczesny książę Monako — Louis II — oficjalnie otworzył obiekt, który z czasem stał się prawdziwą ikoną. Organizacja zawodów miała promować Księstwo Monako, co zresztą się udało. Bez wątpienia. Po dziś dzień, wchodząc do monakijskiego sklepu z pamiątkami, bez problemu znajdziemy souveniry związane z ów kultowym już Grand Prix; od magnesów i breloczków w kształcie bolidów zaczynając, a na tematycznych czapkach i koszulkach kończąc.

Coś musiało jednak sprawić, że Circuit de Monaco stało się tak wyjątkowe.

Charakterystyka tego toru zdecydowanie odbiega od innych, które możemy uznać za legendarne wręcz. Wspomniane przeze mnie Spa-Francorchamps i Monza to klasyczne trasy o jakże bogatej historii i niesamowitej aurze. Monako jest torem ulicznym… Ale bynajmniej nie jedynym w kalendarzu. Podobny charakter mają obiekty w Singapurze i Azerbejdżanie, a jednak to właśnie ten jeden, konkretny cieszy się największą sławą. Dlaczego? Czy to kwestia wieku? A może niesamowitego położenia?

Prawda jest taka, że na jego kultowość wpływają wszystkie te czynniki — obecność w kalendarzu Formuły 1 od dawien dawna, przepiękne widoki, wszechobecne bogactwo i ta niezwykła atmosfera, której nie da się w żaden sposób podrobić. Mało który wyścig może pochwalić się takim zainteresowaniem gwiazd światowego formatu, które co roku przybywają do Księstwa, by obejrzeć to jedyne w swoim rodzaju widowisko… Nawet jeśli charakterystyka toru nie zawsze sprzyja temu, by niedzielny wyścig był spektakularnie emocjonalny.

O pętli toru słów kilka

Jak już zostało wyżej wspomniane, Circuit de Monaco jest torem ulicznym, a co za tym idzie, tworzą go… Zwykłe ulice, które poza weekendem wyścigowym są wykorzystywane przez mieszkańców Księstwa. Odcinki wykorzystane do powstania toru są częścią dwóch osiedli — Monte Carlo i La Condamine. Choć przyjęło się mówić głównie o Monte Carlo, uchodzącym za największe i najpopularniejsze w całym Monako.

Dojazd do pierwszego zakrętu nie należy do najdłuższych, a pierwszy zakręt — Sainte Devote — był już świadkiem niejednego dramatu. Począwszy od incydentów typowych po starcie wyścigu, kończąc na kontrowersyjnych wyjazdach zbyt szeroko w kwalifikacjach, jakie praktykował niegdyś Nico Rosberg, by niweczyć szanse swojego zespołowego partnera na pokonanie go w czasówce.

Dalej ukazuje nam się bodaj jedna z najbardziej urokliwych cech Circuit de Monaco. Patrząc na płasko zobrazowaną pętlę toru, można łatwo przegapić różnicę wysokości. Po wyjeździe z Saint Devote kierowcy podjeżdżają pod górę w okolice monakijskiego kasyna (zakręt o jakże kreatywnej nazwie Casino). Tam na chwilę tracimy z oczu cudowny widok na Lazurowe Wybrzeże, na rzecz innych smaczków, jakie zapewnia nam drugi sektor.

Mowa tutaj przede wszystkim o najciaśniejszym nawrocie w całym kalendarzu Formuły 1 — Grand Hotel Hairpin. Najciaśniejszym i najwolniejszym, kierowcy zwalniają tutaj bowiem do prędkości około 55 km/h. Wydawać by się mogło, że jest to nadal dość szybko. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż mowa tutaj o Formule 1 — sporcie, w którym bolidy na prostych potrafią osiągać prędkości zdecydowanie przewyższające 300 km/h, dysponując niesamowitym przyspieszeniem i dociskiem, pozwalającym im pokonywać zakręty z zawrotnymi dla nas liczbami na liczniku. 55 km/h jest więc porównywalne do wleczenia się w miejskim korku. Porównanie to ma to sens, zwłaszcza gdyby pomyśleć o sytuacji, w której w ten zakręt wchodzi kilka(naście) bolidów, jeden po drugim, stawka bowiem nie zdążyła się jeszcze rozjechać.

Kolejnym ikonicznym wręcz elementem toru jest zdecydowanie tunel, który przebiega pod Grand Hotelem. Po wyjeździe z niego, kierowców na chwilę oślepia słońce, a już po chwili muszą zmierzyć się z ciasną szykaną Nouvelle Chicane. Tutaj wróćmy na moment do wspomnianych przeze mnie różnic wysokości. Odcinek toru, na który wjeżdżamy po pokonaniu Saint Devote, pnie się w górę. Po wyjeździe z tunelu znajdujemy się niemal w tym samym miejscu, tyle tylko, że już na dole, na poziomie portu, który zawsze zdobią białe jachty, należące w większości do lokalnych bogaczy. Gdyby spojrzeć na nitkę Circuit de Monaco, proste po St. Devote i po pokonaniu Nouvelle Chicane, są do siebie równoległe. Cały urok tkwi w ich położeniu. Mało jest torów, przy których na jednym ujęciu kamery zobaczyć można samochody pędzące po dwóch, zupełnie różnych sektorach.

Na tym etapie jesteśmy już blisko powrotu na prostą startową. Dzieli nad od niej sekcja basenowa (nazwana bynajmniej nie przypadkowo — wygląda bowiem, jakby na środku prostej ktoś wybudował faktyczny basen, który kierowcy muszą ominąć). W ramach ciekawostki dodam, że zakręt w tej właśnie sekcji toru został nazwany na cześć Louisa Chirona — monakijskiego kierowcy wyścigowego, który wygrał na ulicach Księstwa wyścig w 1931 roku i startował w pierwszych sezonach oficjalnej Formuły 1.

Dalej pozostaje już tylko La Rascasse i szybki wybór. Można albo zjechać bezpośrednio do alei serwisowej, gdzie na czas weekendu wyścigowego rozstawiane są budynki, w których znajdują się boksy zespołów Formuły 1, albo ostatni zakręt (Anthony Noghes) i linia mety. Koniec.

Tak w przybliżeniu wygląda pętla tego, liczącego 3,337 km toru, posiadającego osiemnaście zakrętów. Kierowcy Formuły 1 muszą w wyścigu przejechać aż siedemdziesiąt osiem okrążeń tejże pętli, co jest największą liczbą w obecnym kalendarzu. Wynika to z faktu, iż jest on zwyczajnie krótki (dla porównania — Autodromo Nazionale di Monza ma 5,793 km, Silverstone 5,891 km, a Circuit de Spa-Francorchamps aż 7,004 km).

Choć w tym wypadku śmiało można zaryzykować stwierdzeniem, iż małe jest piękne!

Pętla toru w Monako

 

A jak to wygląda w praktyce?

Wiemy już, jak prezentuje się pętla toru; znamy najciekawsze i najsławniejsze miejsca, ale… Jak to ma się do rzeczywistości? Jak charakterystyka Circuit de Monaco wpływa na widowiskowość organizowanych tam Grand Prix?

Historii można by opowiadać wiele, spędzić nad nimi całe godziny i nadal w pełni nie ująć wszystkiego. Jako iż Monako gości u siebie Formułę 1 właściwie od początku (pierwszy wyścig w oficjalnej serii rozegrano w 1950 roku, a później od 1955 aż do dziś bez przerwy), to logiczne jest, iż było już wiele okazji do tego, by na ulicach niewielkiego Księstwa zapisać ów historię… A raczej wiele historii, gdyż każdy z kierowców posiada swoje własne. Raz szczęśliwe, innym razem wręcz przeciwnie; czasem są one kontrowersyjne, a czasami opowiadają o pięknej, czystej rywalizacji…

Wielu uważa za swoisty fenomen Circuit de Monaco fakt, iż… Nie da się na nim ścigać. Dlaczego? Wynika to zapewne z faktu, iż jako tor uliczny jest on wąski i przepełniony ciasnymi zakrętami, co de facto uniemożliwia ściganie. Ściganie bowiem od razu nasuwa nam wizję szybkich samochodów, które wzajemnie się wyprzedzają. Tutaj o takie manewry jest raczej trudno, a przykładu nie trzeba nawet szukać daleko. Wystarczy spojrzeć na wyścig, który odbył się wcale nie tak dawno temu — 27 maja 2018 roku.

Sytuacja nie dotyczy bynajmniej jakichś maruderów z końca stawki. Wręcz przeciwnie, mowa tutaj o „walce” o pierwsze miejsce! Prowadzący w wyścigu kierowca — Daniel Ricciardo z zespołu Red Bulla — w pewnym momencie pozornie stracił szansę na dowiezienie swojej wyśmienitej pozycji. Nie zamierzam tutaj nikogo zarzucać techniczną terminologią, wystarczy wiedzieć, że jego samochód stracił około 25% swojej mocy, a co za tym idzie, nie mógł jechać tak szybko, jak jego główni rywale. Wydawać by się mogło, że wyprzedzenie go będzie banalnie proste, prawda?

Otóż nie. Jadący za nim kierowca Scuderii Ferrari — Sebastian Vettel — mimo iż był blisko, nie odebrał pozycji Ricciardo, który ostatecznie faktycznie wyścig wygrał. A już wydawało się, że nie ma na to najmniejszych szans! Przy okazji zwycięzca nazwał to Grand Prix „odkupieniem” po fatalnym finale rywalizacji sprzed dwóch lat, kiedy to utracił pierwsze miejsce przez błąd swojego zespołu w boksach.

Chociaż tezie, jakoby w Monako nie dało się wyprzedzać, zapewne stanowczo zaoponowałby Max Verstappen, który zdecydowanie potrafi to robić. Nawet na tych ciasnych i pozornie dających na to w ogóle miejsca uliczkach.

Wracając jednak do historii, pisanych przez Circuit de Monaco — zdecydowanie nie można pętli na Lazurowym Wybrzeżu odmówić wrodzonego talentu do ich pisania. Opowieść o odkupieniu Daniela Ricciardo to tylko jedna z wielu. Mogłabym tutaj przytoczyć niesamowite wyścigi, chociażby Ayrtona Senny, który jest absolutnym rekordzistą, jeśli chodzi o ilość tryumfów na tym torze (posiada ich na swoim koncie aż sześć), ale zajęłoby to prawdopodobnie za wiele miejsca i nikt nie dotrwałby do końca…

Całą charakterystykę toru, wynikającą z tego, jak wygląda jego nitka, właściwie już tutaj ujęłam. Wąskie, monakijskie uliczki zmieniają się na ten jeden, wyjątkowy weekend w ciasny tor, na którym wyprzedzanie czasem graniczy z cudem (choć zdecydowanie zależy to w dużej mierze od kierowcy i jego temperamentu). Mimo to Circuit de Monaco nie raz potrafi uraczyć kibica niezwykłym wręcz widowiskiem. I to chyba jest w nim najpiękniejsze.

Pomnik Juana Manuela Fangio — zwycięzcy Grand Prix Monako z 1950 i 1957 roku, przy ostatnim zakręcie toru.

A więc w skrócie — za co kochamy Grand Prix Monako?

Odpowiedź na to pytanie jest wbrew pozorom banalna — kochamy wyścigi w Monako za ich inność. Śledząc Formułę 1 wyścig po wyścigu, szybko można poznać typową rutynę; powtarzalne elementy każdego weekendu. I wtedy pojawia się ta jedna runda, która jest zupełnie inna niemal pod każdym względem.

Wystarczy spojrzeć, chociażby na sam format tego wydarzenia. Podczas gdy normalnie mamy do czynienia z czwartkowymi konferencjami prasowymi, piątkowymi treningami, sobotnimi kwalifikacjami i niedzielnym wyścigiem, tak tutaj powtarzalne są jedynie dwa ostatnie dni. Cała machina, zwana weekendem wyścigowym, rusza w środę, by kierowcy odbyli pierwsze sesje na torze w czwartek i mogli w piątek dać odpocząć spękanym uszom mieszkańców Księstwa.

No właśnie, skoro już o mieszkańcach mowa, nie sposób nie wspomnieć i o kwestii oglądania rywalizacji na żywo. Jest to bodaj jedyny wyścig w kalendarzu, na który nie ma właściwie potrzeby kupowania biletów. Czasami wystarczy po prostu wyjść na balkon, by móc podziwiać z bliska bolidy pędzące po ciasnych uliczkach, po jakich zwykło się na co dzień jeździć. Co prawda w tym czasie ceny pokoi we wszelkich hotelach idą najpewniej znacząco w górę, ale de facto w zamian otrzymujemy możliwość przyjrzenia się całemu widowisku z bliska. Coś za coś, czyż nie?

Nie bez powodu również zwykło się nazywać Grand Prix Monako jednym z najbardziej prestiżowych wyścigów w całym kalendarzu. Wspomniałam już zapewne o ilości celebrytów, jacy przybywają w tym czasie na tor. Amerykańskie gwiazdki, modelki, sportowcy różnych dyscyplin… Nawet jeśli patrząc na nich, w życiu nie spodziewalibyśmy się, że zobaczymy ich na wyścigu, oni zawsze się pojawiają. Po pewnym czasie przestaje dziwić widok Justina Biebera gratulującego Lewisowi Hamiltonowi, a krótki wywiad w padoku z Robertem Lewandowskim nie robi żadnego wrażenia. Gdyby zjawili się na jakimś mniej popularnym Grand Prix, to może ich obecność byłaby bardziej emocjonująca…

Mówimy tutaj jednak o Księstwie Monako, a ono wręcz ocieka miejscami bogactwem. Zwłaszcza jeżeli spojrzymy na port jachtowy, czy też uświadomimy sobie, że to właśnie tam, w drogich apartamentach pomieszkuje spora część stawki Formuły 1… Tak, to miejsce zdecydowanie ma swój własny, niepowtarzalny klimat…

Wróćmy więc do tego, co było na samym początku. Circuit de Monaco — perła w królewskiej koronie. Dlaczego właśnie takie, a nie inne określenie wybrałam dla tego obiektu? Z prostej przyczyny. Myśląc o tym torze, podświadomie nasuwa mi się wizja samego Księstwa Monako i całej Formuły 1. Nie zapominajmy tutaj, że zwykło się ją nazywać Królową Sportów Motorowych, jest to bowiem informacja dość istotna w tym kontekście.

Zastanówmy się więc, czy tor, który jest tak, na swój własny sposób znakomity i wyróżniający się; który stał się dla obu tychże majestatycznych podmiotów tak wyśmienitym ambasadorem, nie zasłużył na miano właśnie perły w ich królewskich koronach?

Widok na port jachtowy w Monako