Ultramarinos – oaza w zatłoczonym mieście

Barcelona jest pięknym miastem, pełnym atrakcji, miejsc wartych zobaczenia i… turystów. Nic w tym dziwnego, stolica Katalonii wielu zachwyca. Tak samo było w moim przypadku. Przebywając na jednym ze znanych hiszpańskich wybrzeży, nie mogłam odmówić sobie odwiedzenia tego miasta – oddalonego tylko o półtorej godziny drogi od hotelu. Razem z koleżanką wsiadłam do pociągu i tym sposobem znalazłam się w sercu samej Barcelony – na Placu Katalońskim.

Przeczytałyśmy wcześniej o miejscach, które w Barcelonie trzeba zobaczyć. Na miejscu szybko jednak okroiłyśmy naszą listę do kilku punktów, a na mapie długopisem zaznaczyłyśmy zaplanowaną trasę. Odwiedziłyśmy kilka z najbardziej znanych miejsc, każde zrobiło na nas wrażenie. Co ciekawe, dla mnie miejscem, do którego wrócę, będąc ponownie w Barcelonie, jest… jedna z wielu barcelońskich restauracji – „Ultramarinos”. Już tłumaczę dlaczego, i spieszę z wyjaśnieniem, że to nie będzie opowieść o tamtejszym jedzeniu.

Żałuję, że na zwiedzanie stolicy Katalonii poświęciłam tylko jeden dzień. Pomimo tego, że udało mi się zobaczyć sporo miejsc, poznać charakter miasta, odczułam niedosyt. Jak przebiegała moja trasa i dlaczego miejscem „naj” nie zostało żadne ze słynnych zabytków? Na początek, długi spacer najsłynniejszą ulicą Barcelony – La Rambla. Długi dlatego, że właśnie odbywał się tam festiwal La Merce. Na ulicach bawiły się tłumy, podziwiające radosny korowód. Nie można było nie dać się porwać hiszpańskiej zabawie. Zanim dotarłyśmy na drugi koniec słynnej ulicy, minęło sporo czasu. Później szybka decyzja – wracamy na La Rambla na kawę. Espresso dodało nam siły, a ta poniosła nas w kolejne piękne miejsca – tym razem do pięknych budowli Casa Batllo czy Casa Mila. Na fali energii dotarłyśmy pieszo również do słynnej Sagrady Familii. Ambicja pchnęła nas dalej – aż do Parku Guell, a raczej przepełniony autobus który nie zatrzymał się z tego powodu na przystanku. Do Parku Guell prowadziła dosyć długa, stroma trasa, ale się udało. Z powrotem wracałyśmy komunikacją miejską – aż pod Park Ciutadella, gdzie miałyśmy trochę odpocząć. Tłok, jaki tam panował, nie pozwolił nam na to, a ilość atrakcji mijanych po drodze znów nas pochłonęła. Kiedy w końcu wyszłyśmy z parku, złapałyśmy autobus na Plac Kataloński.

Padałyśmy ze zmęczenia, ale nie chciałyśmy wracać jeszcze na wybrzeże. Nogi poniosły nas na La Ramblę w poszukiwaniu pysznej kolacji. Miałyśmy zatrzymać się przy pierwszej z restauracji, zjeść i wrócić na dworzec. Okazało się, że świadomie minęłyśmy kilka z nich… praktycznie bez słowa. W końcu zatrzymałyśmy się przed przeszkloną witryną z granatowym obramowaniem, nad którą widniał napis „Ultramarinos”. Sporo osób, ze względu na piękną wrześniową pogodę, jadło na zewnątrz. Nas jednak kusiło wyglądające zza witryny klimatyczne wnętrze. Było tam praktycznie pusto. W środku swoją kolację kończyła jedynie para młodych ludzi. Zajęłyśmy miejsce niedaleko nich, przy filarze – jak się później dowiedziałyśmy – z podpisami ludzi z różnych krańców świata.

To miejsce miało w sobie to „coś”. Każdy detal tego miejsca, dawał efekt w postaci niezwykłego klimatu. Takiego, w którym mogłyśmy spędzić beztroski wieczór. Zapamiętałam to miejsce, z całego dnia pełnego wrażeń, ponieważ dało mi chwilę na przemyślenie sobie tego, co dzisiaj zobaczyłam. „Ultramarinos” zatrzymało mnie w Barcelonie na dłużej i pokazało jak świetnym miejscem może być restauracja. Do głowy przychodzi mi teraz jeszcze jedno wrażenie, jakie wtedy odniosłam. Co jakiś czas przychodzili co raz to nowsi goście. Nie wiem czy byli Hiszpanami czy turystami, ale na wszystkich zadziałał hiszpański beztroski klimat. Oni się nigdzie nie śpieszą. Tam nie ma stresu, a ja mogłam szczerze powiedzieć że byłam wypoczęta, pomimo pokonanych kilometrów i przeżytych wrażeń. Po tym dniu, jak i całym wyjeździe. To dlatego bez wątpienia zaliczyłam „Ultramarinos” do miejsc „naj”. Na koniec, tych których zanudziłam, zainteresuje może to, co zamówiłam. Jadłam najlepsze na świecie spaghetti carbonara, którego nie miałam potrzeby uwieczniać na zdjęciu. Jest za to mohito virgin. 🙂

 

DR